Jak powstał Chromry?

Mówią o nim: najsmutniejszy rysownik, człowiek z komiksu, depresyjny komentator rzeczywistości. Ilustrator, malarz, absolwent Wydziału Grafiki na ASP w Krakowie. Damian Siemień, pseudonim Bolesław Chromry – autor powieści graficznych i książek Prześpij się z tym…, Pozwólcie pieskom przyjść do mnie. Jego domena to autoironia, czarny humor, smutne żarty. Spotykamy się w jego warszawskim mieszkaniu, towarzyszą nam psy Kazio i Gary oraz paczka Delicji Szampańskich.
Wychowałeś się w Krakowie, gdzie dokładnie?

Na peryferiach Krakowa i na peryferiach Nowej Huty. Za moim osiedlem kończyło się miasto. Na małej górce stały wieżowce zwane Manhattanem (chyba każde miasto w Polsce ma swój Manhattan). I za tym Manhattanem stał urząd skarbowy, który był wtedy największym budynkiem w okolicy, a za nim były już tylko pola uprawne. Teraz urząd skarbowy jest malutki, miasto się rozrosło. To budownictwo lat dwutysięcznych wizualnie przypomina mi serial Samo życie. Po obejrzeniu wszystkich odcinków nazwaliśmy z Magdą (moją żoną) ten styl „przerwą w estetyce”. Na tym osiedlu mieszkałem z rodzicami jeszcze podczas studiów. Wyprowadziłem się, kiedy dostałem pierwszy staż w agencji reklamowej. Zamieszkałem wtedy z Magdą.

Pracowałeś jako copywriter, a nie grafik. Dlaczego?

Bo nienawidzę programów graficznych.

Konkretny powód!

Początkowo był to pewien problem, że człowiek po grafice nie chce być grafikiem, tylko copywriterem.

Kraków – miasto smutku, Turnaua, papierosowego dymu. Pewnie bohaterowie rysunków przychodzili tam do ciebie sami? Dlaczego przeniosłeś się do Warszawy?

Sięgnąłem dna. Materialnego, psychicznego, ideowego. Dostałem propozycję pracy w warszawskiej agencji, więc się nie zastanawiałem. Mieszkaliśmy wtedy w mieszkaniu po mojej zmarłej ciotce, gdzie był bardzo zły vibe. Nie wiedziałem, co będzie ze mną dalej, mieszkanie było dołujące, do tego beton, gołębie i demoniczna sąsiadka. Wyjechaliśmy. Nasza historia była typowa, zupełnie jak z Trudnych spraw. Poszedłem do korpo, 100 osób w open spasie, nie znałem miasta, nie znałem nikogo. Przez kilka lat przerobiłem wszystkie stereotypy, które dotyczą branży medialnej: mobbingi, wyjazdy integracyjne, pijanych szefów. Trochę jak w nieśmiesznych komediach z Tomaszem Karolakiem.


Na etacie pracowałeś przez parę lat, na chwilę przed wybuchem pandemii zdecydowałeś się rzucić pracę.

Od ukończenia studiów przez pięć dni w tygodniu pracowałem w agencji, a Chromrym zajmowałem się w weekend, więc weekendów nie miałem. Kiedy spotykałem się ze znajomymi artystami, dziwiło ich, że artysta pracuje, pytali: „Ty naprawdę pracujesz? Chodzisz do pracy codziennie?”. Teraz jestem freelancerem. Kiedy przychodzi niedziela, w mojej głowie pojawiają się myśli: „Nic dziś nie narysowałem. Mam 300 rzeczy do zrobienia, a nic nie zrobiłem”. To pewien rodzaj więzienia, ale taka jest cena życia bez etatu. Zaryzykowałem. Po siedmiu latach pracy na etacie początkowo czułem się dziwnie, mając cały dzień wolny. Magda wyszła do pracy, sąsiedzi wyszli do pracy. Pół roku zajęło mi, żeby odpocząć i się przyzwyczaić. Jest jedna rzecz, z której jestem dumny. Przez ten rok bez etatu i rok pandemii schudłem. Cała opuchlizna pracowa, obiadki i Uber Eatsy zeszły ze mnie. W korpo obiad to jedyna miła rzecz. Jak już jesteś w biurze, to przecież zjesz coś zajebistego, więc o 9:00 danie już wybrane, a o 12:00 zjedzone. Teraz wróciłem do stanu sprzed lat. Pamiętam, że kiedy byłem mały, byłem niejadkiem. Przez dłuższy czas robiłem eksperymenty i nie jadłem przez parę lekcji.

Bałam się, że powiesz, że przez parę dni.

Nie! Ale mam tak, że jak siedzę w domu, to mniej chce mi się jeść. Wjeżdżają mi na banię te mindfulnessy, amerykańscy hipisi, którzy są długowieczni, bo jedzą kilka orzechów i owoc dziennie. Odkąd zaczęła się pandemia, kupiłem sobie też krem do twarzy, mniej palę i nie piję alkoholu.

Pandemiczny czas był dla ciebie pełen inspiracji do rysunków?

Nie, wszystko jest przeterminowane. O tym siedzeniu w domu i poddaniu się rysuję od lat. Na początku pandemii stwierdziłem, że będę tworzył pandemiczne dzienniki, ale porzuciłem ten pomysł, nie chciałem stać się artystą kojarzonym z rysunkami o pandemii. Tak już mam, to nieco schizofreniczny sposób działania. Kiedy promowałem ostatnią książkę, to na Instagrama wrzuciłem może dwa zdjęcia, na których znalazł się zaledwie jej kawałek. Nie lubię podchodzić marketingowo do życia, choć może ono tak wyglądać. Nie chcę być oskarżany o to, że reaguję na wszystko, a z drugiej strony może powinienem tak robić. No w głowie nasrane!

Lata na etacie pomogły ci kupić mieszkanie.

W Krakowie mieszkaliśmy w różnych miejscach. W Warszawie znaleźliśmy typowe mieszkanie dla ludzi przeprowadzających się do stolicy. Na 14. piętrze bloku przy ulicy Bagno, numer mieszkania 222. Strasznej jakości kawalerka. Znajomi robili konkurs na to, kto wynajmie sobie ładniejsze mieszkanie, a my cały czas ten slums. Wszyscy pytali, dlaczego się nie wyprowadzimy, a ja wiedziałem, że jak wynajmiemy lepsze mieszkanie, to nigdy nie kupimy swojego. Chcieliśmy mieć własne, żeby sobie je swobodnie zagracić. No i tak się stało.

Lubisz zbierać. To, czym się otaczasz, jest dla ciebie ważne.

W pierwszą sobotę po tym, jak kupiliśmy mieszkanie, poszliśmy na pobliski bazar przy Namysłowskiej, większość artefaktów pochodzi właśnie stamtąd. Kupowaliśmy od tzw. pudlarzy – panów handlujących z pudeł. Przez długi czas hasło, które najczęściej wpisywałem w Internet, brzmiało: zabawka PRL. Lubię zbierać, ale musiałem przestać kupować, już się nachapałem cudzych historii. Zdałem sobie sprawę, że nie wszystkie fajne rzeczy muszę mieć. Nie chcę wynajmować piwnicy, z rzeczami trzeba ostrożnie.

Moja duma to dwa zestawy LEGO The Simpsons. Miałem sobie je sprawić na 40. urodziny, ludzie na czterdziestkę kupują samochody, domy w Zielonkach, a ja wiedziałem, że kupię te zestawy, bo są drogie. Ale pojawiła się okazja, bo sprzedałem pracę jednemu znanemu politykowi i zawołałem sobie zawrotną cenę. Kupił, więc od razu zamówiłem LEGO.

A prawie wszystkie dzieła sztuki trafiły tu na zasadzie wymiany z innymi artystami. To, jak wygląda mieszkanie, to efekt długoletniej pracy Magdy i mojej.



Rysowałeś od małego?

Kiedy miałem parę lat, odrysowałem dziewczynkę z portretu wiszącego w mieszkaniu dziadków. Wtedy rodzina zorientowała się, że potrafię rysować. Rysował też mój ojciec, robił to hobbystycznie. W dzieciństwie był moim największym wzorem rysunkowym, miałem cel, by robić to lepiej niż on. Tata na swoje rysunki wyrywał moją matkę, szkicował jej portrety, ale nie tylko, portretował również piosenkarkę Sandrę. Moją ulubioną zabawą było siadanie koło ojca – obaj mieliśmy kartki, mówiłem, żeby narysował krokodyla, on rysował kreskę, a ja za nim. Tak się uczyłem.

Dogoniłeś już tatę?

Dawno temu! Kiedy byłem w liceum, powiedział: „Rysujesz lepiej ode mnie”.

Jak powstał Chromry?

Przyjąłem pseudonim, bo chciałem się wyluzować, chciałem móc rysować brzydko, nie na temat. Rysować rzeczy, które na akademii by nie przeszły. Chciałem mieć wolność i swobodę, i dziewczynę młodą.

W międzyczasie Damian opowiada, że oświadczył się w zoo przy pandach małych. Chciał przy wilkach, ale było za dużo ludzi. Mówi też o tym, że lubi „wyjazdy ryanairowe” – kiedy dostosowuje wyjazd do tego, co jest.

Już wcześniej miałeś alter ego.

Pod koniec studiów zorientowałem się, że zbliża się prawdziwe życie. Lubiłem posiedzieć w domu i posłuchać smutnej muzyki. Stwierdziłem, że poradzę sobie z dołem i lękami, zakładając facebookowy profil o nazwie Wiesław Dół. Wiesław w wyrafinowany sposób wszystkich dołował. Jako Wiesław napisałem do Magdy z zapytaniem, czy nie zechciałaby pójść ze mną nad Wisłę, żeby poczytać Medaliony Nałkowskiej i pić wino Ciociosan. Ale wróćmy do Chromrego – powstał w 2009 roku. Mniej więcej wtedy w Polsce pojawiły się szafiarki, zacząłem je rysować. A potem rysowałem znajomych, krakowskie środowisko. Chromry wziął się od notatniczków, które w tamtych czasach były dołączane do rachunków, by obciążyć listy. To był jakiś taki wałek, że wtedy płacili mniej za przesyłkę. Wyciągałem te notatniki i rysowałem na tym marnym papierze. Była to kontra do artystycznego życia, gdzie wszystko musi być malowane szlachetnymi narzędziami na papierze Fabriano. Ja rysowałem w notesach z UPC flamastrami z Carrefoura, które za miesiąc blakły. Otworzyło mnie to. To było naturalne poszukiwanie swojej drogi przez studenta ASP. W murach krakowskiej, konserwatywnej akademii te brzydkie rysunki były czymś świeżym. Zawsze blokowałem w sobie tę dziadowskość, zamiłowanie do ekspresji, szybkiego zrobienia czegoś. Łudziłem się, że będę skrupulatnym człowiekiem z niezaprzeczalnym warsztatem w ręku. Chromry pokazał mi, że tak nie jest. Tak sobie wykombinowałem, że jako Chromry spełniam się artystycznie, a Damian jest taki bardziej do urzędu. Nie spodziewałem się, że Chromry stanie się sposobem na życie i będzie pełnym środkiem wyrazu.

Jak powstają twoje rysunki?

Wcześniej miałem fajną odpowiedź, że jest niedzielka – dzień rysowania. Kiedy rzuciłem pracę, musiałem nauczyć się pracować na nowo, być swoim szefem. Różnie to wychodziło. Całe życie lubiłem notować, teraz to uaktywniłem. Siedzę w domu, czas jest mój, spełniam swoje marzenie, siedzę sobie przy biureczku pod oknem, rysuję przy świetle dziennym, co jest super. Pracuję regularnie. Może nie codziennie, bo jestem zaangażowany w kilka projektów albo muszę pójść do dentysty. To brzmi jak Iza Kisio!

OK. Temat zakończony. 

Czekaj! Chciałem powiedzieć, że po kilku miesiącach przerwy, kiedy pracuję regularnie i nie wykonuję innych męczących zadań, rozruszałem rękę. Mam radość z rysowania, tak jak wtedy, kiedy robiłem dyplom. Chciałbym pracować codziennie, ale przez ostatnie miesiące jadę na oparach. Były ciężkie, obfitowały w różne wydarzenia. Dużo gadam o kryzysach i o tym, że jestem słaby, a tak naprawdę wszystko jest ogarniane na bieżąco. Wczoraj zrobiliśmy z Magdą rachunek sumienia, przez lata nauczyliśmy się nie ukrywać tego, że coś się rodzi w głowie. Jak jest smutno, to od razu jest gadane. Moja działalność jest trochę autoterapeutyczna. Wiem, dlaczego się martwię, dlaczego pojawiają się lęki, ale racjonalność i emocje to zupełnie różne sprawy. Wyciągam wnioski, by z tego umysłowego szamba wychodzić jak najszybciej. Każdy człowiek z większą wrażliwością boi się, że będzie starym świrusem. No ale zobaczymy, jak to będzie.

Jest coś, z czego nie żartujesz?

Myślę, że klasycznie: z wyglądu, z sytuacji materialnej. Nigdy nie śmiałbym się z mniejszości, bo sam zawsze w jakiejś byłem. Choć wydaje mi się, że w społecznym dyskursie nie powinno być tematów tabu.
Chromry jest interwencyjny.

Musi się przelać czara goryczy, żeby powstał taki rysunek. Kiedy widzę, że jawnie łamane są prawa jakiejś mniejszości, to reaguję. Kiedy wjechała antymniejszościowa narracja, to coś się we mnie przełamało i postanowiłem otwarcie walczyć o prawa mniejszości seksualnych.

A co cię śmieszy?

Codzienność. Dużo śmieję się z siebie, bo jestem żałosną postacią. Śmieszy mnie moje życie, kiedyś mnie martwiło, a od paru lat mnie bawi. Zaakceptowałem to, że jestem osobą, która sprowadza na siebie rozmaite sytuacje. Jak gdzieś wchodzi crazy guy, to zawsze przysiądzie się do mnie. W szkole byłem tą osobą, która nie musiała nic robić, a i tak była oskarżana o złe zachowanie. Wszystko dlatego, że mam charakterystyczny ryj, wygląd z kreskówki. Przez lata mi to przeszkadzało, ta moja określoność. Wkurwiało mnie to, że w szkole przychodzi do klasy nowa nauczycielka i jestem pierwszą osobą, której imię pamięta. Mój wygląd w latach dojrzewania uprawniał moich rówieśników do komentowania. Przyzwyczaiłem się do tego, że jestem przypałowym, śmiesznym człowiekiem, ale dzięki temu, że przychodzą przypały, przychodzą też wspaniałe przygody.

A śmieszą mnie sytuacje tego typu: wracam ze spaceru z psami, sąsiad na parterze jest w kuchni i nie zaciągnął żaluzji, przygotowuje sobie coś do jedzenia. Ja na niego spojrzałem, on na mnie też, był ten kontakt przez mikrosekundę, ale wszyscy udają, że nikt siebie nie widział, i ja spokojnie otwieram drzwi, a on sobie wlewa wodę do czajnika.

Masz rozbudowaną kolekcję płyt CD, słuchasz?

Kupuję. Nie słucham, bo od lat zbieram się do kupna sprzętu muzycznego. Kiedy byłem dzieckiem, kaseta magnetofonowa była dziadostwem, a płyta CD luksusem. Teraz płyta CD jest dziadostwem, więc ja to wszystko skupuję po pięć złotych. To spełnianie marzeń początkującego dziadersa. Muzyka jest dla mnie ważna, tak samo rysunek i tekst. Uprawiam archeologię muzyczną. Wyszukuję np. perski pop z lat 80. Mam playlistę, którą prowadzę od lat, nazywa się Życie. Dodaję jedną piosenkę dziennie. Te utwory przypominają mi wszystkie lata. Mam dobrą pamięć muzyczną.

Czego słuchałeś w liceum?

W muzykę wprowadzała mnie ciotka Lidka i zespół Cool Kids Of Death. Były to całe pokłady nostalgicznej muzyki – Joy Division, The Cure, Siouxsie and the Banshees, The Smiths, ale też Laurie Anderson i Gigi D’Agostino. Wtedy przyszła fala popularności brytyjskiego rocka. Wszyscy w rurkach tańczą do Interpolu. Na poważnie muzykę zacząłem odkrywać na studiach. Muzyka jest ważna w moim życiu, gdyby nie kod kulturowy i muzyczny, to nie dogadalibyśmy się z Magdą. Pracuję, słuchając muzyki, muzyka mnie stymuluje. Ostatnio najczęściej słucham rapera Actiona Bronsona, minimal techno i grupy Papa Dance.

Jak ci się teraz żyje?

Moje życie stało się przyjemne. Staram się nie pakować w sytuacje stresowe. Jestem zbyt wrażliwy i naiwny. Czasem, kiedy jestem na imprezie i się wyluzuję, umiem sobie powiedzieć: „Jest OK”. Ale za chwilę to uczucie przechodzi. To i zaleta, i wada. To mi przeszkadza w życiu, wciąż czuję się niedostateczny. Satysfakcja z siebie jest trudna. Zadowolenie pojawia się na chwilę, kiedy coś robię, a kiedy skończę, mija. Mam świadomość, że mam pewne bezpieczeństwo, bo utrzymuję się z tego, co robię, ale ta spina i niedostateczność mnie napędzają. Najważniejsze w moim życiu to być wkurwionym na coś i pokazać, że dam radę. To chyba jedyna droga, żeby tworzyć.

Jaki masz plan na popołudnie?

Muszę się wziąć za rzeczy. Muszę. Maluje mi się teraz najlepiej od czasu studiów. Siedzi mi kolor.

Data publikacji: 24.11.2021

Autorka: Aleksandra Koperda

Zdjęcia: Tomo Yarmush