Małgorzata Mycek kombinuje na wsi

Obserwuje to, co ją otacza. W konserwatywnej wsi, pełnej rytuałów codzienności i społecznych norm albo na ulicach wielkiego miasta. A potem przenosi na zużyte banery w formie żarówiastych obrazów. Małgorzata Mycek dokumentuje rzeczywistość – gdzieś pomiędzy najmniejszymi miasteczkami, a wielkimi metropoliami.

„Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli”. Dziecięca rymowanka może i brzmi zabawnie, nieco mniej, jeśli ktoś miał do czynienia z zabijaniem zwierząt w gospodarstwie wiejskim. Małgorzata Mycek na obrazie „Myślał kurczak o niedzieli” namalowała dziewczynę w dresach, która musi się z tym zmierzyć. Na polskich wsiach jest ich wiele.Na kolejnych pracach w cyklu „Córka rolnika” widzimy sytuacje, w których kobieta musi spełniać społecznie wyznaczone role. W „Sobotnich porządkach” odkurza pokój w jeansach i t-shircie na tle meblościanki. W „Więcej grzechów nie pamiętam” spowiada się w kościele. W „Niedzieli po kościele” w sportowej koszulce zbiera naczynia ze stołu po obiedzie. Obrazy Mycek to wypisz wymaluj, wyobrażona przez społeczeństwo kobieta idealna. Pracowita bogini. Gdy odkurza to w pozie modelki, gdy wiesza pranie, to w samej bieliźnie, gdy idzie do konfesjonału – w kusej sukience. Mycek pokazuje ją w krzywym zwierciadle, kontestuje narzucane role. W swoich pracach dotyka problemu społecznej przemocy i opresji towarzyszącej kulturowemu pojmowaniu płci.Sceny z życia wsi

Te sceny z życia Małgorzata Mycek obserwowała w małej wsi w Bieszczadach, w której się wychowała. Radoszyce, które znajdują się tuż przy słowackiej granicy, to 30 domów i 100 mieszkańców. Bliżej stamtąd do Lwowa albo Koszyc niż do Krakowa. Mieszkańcy utrzymują się tam głównie z rolnictwa. Mycek podkreśla jednak, że to raczej niezamożni ludzie: z trzema krowami i stadem kur. Jej zdaniem wieś nie jest jednorodna, ale pełna podziałów. Niekoniecznie błoga i spokojna – ma swoje problemy i wiąże się z wieloma wykluczeniami.

„Od dziecka interesowałam się plastyką i byłam bardzo kreatywna. Te rzeczy, w połączeniu z chorobą jaką jest depresja sprawiły, że poszłam do liceum plastycznego i na studia artystyczne, bo wmówiono mi, że to miejsca, w których nie trzeba się uczyć” śmieje się. „Zawsze byłam obserwatorką. Szkoła pozwoliła mi rozwinąć ten zmysł”.

Słynne zdanie, Małgorzata Mycek mogłaby zmienić na „rzucić wszystko i wyjechać z Bieszczad”. Jako dziecko nikt nie traktował jej poważnie, narzucano jej różne obowiązki, z którymi się nie zgadzała i pewnie nie jest w tym uczuciu osamotniona. Doświadczenia związane z życiem we wsi ją ukształtowały – jako artystkę, ale też jako osobę. Dużo łatwiej jest odnaleźć jej się tam dzisiaj. Często wraca do Radoszyc – stara się odzyskać dla siebie wieś.„W pewnym momencie tworzenie sztuki stało się dla mnie sposobem na odreagowanie emocji. Tworząc, czuję, że odzyskuję sprawczość nad sobą. Używam jej często jako platformy do zabierania głosu w sprawie, która mnie dotyczy lub wpływa na moje życie. Kiedy byłam młoda, chciałam jak najszybciej uciec z mojej wsi. Nie mogłam się tam odnaleźć, nie miałam żadnego wsparcia ani przyjaciół”.

Szukała swojego miejsca gdzieś indziej, aż w końcu trafiła do Poznania.Rytuały i zbieractwo

W jej pracach pojawiają się wątki i historie zaobserwowane w rodzinnej wsi. Jaskrawe kolory przyciągają, obrazy wyglądają jakby były rysowane mazakami, a jednocześnie mają swój uniwersalny wymiar – czytelny wzdłuż i wszerz Polski.Poza bohaterkami, ważne są rekwizyty. Córka rolnika kosi trawę, na której leży łabędź stworzony z opony. Przy konfesjonale stoi pstrokata lilia. Na stole sok w kartonie z charakterystycznym logo, wśród prania powiewa biało-czerwona flaga. W trochę komiksowych obrazkach widzimy rzeczywistość, którą opisuje też Olga Drenda albo Dorota Masłowska. Rytuały codzienności i bohaterowie konserwatywnego świata, pełnego detali: post-transformacyjnych obiektów, dziwacznych artefaktów rzeczywistości.

Mycek maluje obrazy na starych banerach i plandekach. Tak samo dziwnie wyglądałyby wywieszone na płotach wzdłuż małych miejscowości jak i w wielkomiejskiej galerii. Chociaż ostatnio można było je oglądać w BWA Warszawa, a przed rokiem na wystawie finałowej 19. edycji Artystycznej Podróży Hestii.„Zbieractwo jest jednym z nawyków wyuczonych przeze mnie w domu rodzinnym. Czasem żartuję sobie, że byłam zero-waste zanim stało się to modne. Moja rodzina nigdy nie była zamożna, a praca w gospodarstwie rolnym wiąże się z wieloma potrzebami, które trzeba zaspokajać, by tę pracę jakoś wykonać. W Poznaniu, tak samo jak w domu rodzinnym, stwarzałam sobie rupieciarnię, a z powodu problemów finansowych od zawsze pracuję ze śmieciami. Do dzisiaj pracuję z banerami, maluję na ubraniach, deskach – przetwarzam wszystko”.

Ścinki banerów przynosił jej partner, który pracuje w wielkoformatowej drukarni. Materiał szybko okazał się doskonałym zamiennikiem klasycznego płótna. Do tego wykonane na nim prace łatwo przechowywać. No i format: baner jest atrakcyjny ze względu na dużą powierzchnię.Poznań

10 lat temu przeprowadziła się do Poznania. Duże miasto kontrastuje z wsią, dla osoby nienormatywnej ma swoje plusy. Mycek nie tylko tworzy, ale też organizuje wystawy, koncerty, zbiórki pieniędzy, przez długi czas prowadziła Wydawnictwo Bomba, zajmujące się wydawaniem zinów i książek artystycznych. Mówi, że Poznań jest dla niej kameralnym miastem: wszyscy się znają – jeśli gdzieś pójdziesz na wystawę, na pewno spotkasz tam znajomych. Poza tym w mieście można być bardziej anonimowym, łatwiej się zakamuflować.

„Mogę wejść w cosplay, w którym nie będę wyróżniać się na ulicy i nikt nie zwróci uwagi na to, że jakaś transpłciowa osoba idzie chodnikiem. W Radoszycach wszyscy się znają – jeśli ktoś sobie mnie wyguglował, wie, że jestem osobą niebinarną. Nie każdy kto tam mieszka, jest tolerancyjny”.W wielu miejscach na Podkarpaciu zbierano podpisy pod ustawą anty-LGBT Kai Godek, także w Radoszycach. Mycek wkrótce pojedzie tam po swoim coming-oucie przed rodzicami. Wspiera ją mama i siostra.

„Osobie nie-cis-heteronormatywnej ciężko jest żyć w Polsce. Spotykamy się z hejtem, nie czuję się często bezpiecznie na ulicy. Byłam w czerwcu na Przeglądzie Sztuki Survival we Wrocławiu, a wracając z kolegą do hotelu zaatakowano nas na ulicy. Po sytuacji, która była pełna euforii, spotkaniu ze znajomymi i oglądaniu świetnych prac na wystawie, zostałam szybko sprowadzona na ziemię”.

W takich sytuacjach ratuje ją sztuka – nim jej twórczość zaczęła być gdziekolwiek prezentowana, była aktywistką. W czasie wojny w Ukrainie, włączyła się w pomoc przebywającym tam osobom transpłciowym. Czy sztuka może zmienić sytuację osób queerowych i dokonać w naszym społeczeństwie rewolucji? Ważne, że jest w stanie sprowokować dyskusję.„Dla mnie sztuka jest formą terapii. Sięgam po szkicownik i zaczynam przetwarzać to, co się wydarzyło. Często wychodzą z tego działania aktywistyczne. Wierzę, że publikując moje prace z różnym przekazem, ktoś może dostrzec jakiś problem, poczuć się lepiej w geście solidarności. Ale są też osoby, które się obrażają – tak było, kiedy publikowałam prace o aborcji”.Powrót na wieś

Po 10 latach zmienia się jej perspektywa na wieś i metropolię. Nie egzotyzuje tej pierwszej, ale patrzy jak na azyl, pomimo tego, że mieszkające tam osoby mają wiele problemów. Za to miasto zaczyna ją męczyć.

„Wieś to miejsce, w którym potrafię odpocząć. Mam tendencje do pracoholizmu i nie potrafię nie pracować, kiedy mam dostęp do Internetu. Radoszyce leżą w lesie w Bieszczadach, przy granicy ze Słowacją, gdzie zasięgu nie ma i to idealne miejsce na wypoczynek”. Mycek wyobraża sobie, że tam wraca, mieszka i wraz z rodzeństwem przejmuje gospodarstwo od rodziców, aby prowadzić azyl dla zwierząt uratowanych z hodowli przemysłowej.

A może pokaże tam swoje prace? Tylko gdzie, skoro jedyny publiczny budynek w Radoszycach to kościół i nie ma tam nawet sklepu spożywczego?„Marzę sobie, że jeśli wrócę, kombinowałabym, co może tam zaistnieć. Na początku byłoby to trudne – ludzie są nieufni, łatwo zawłaszczyć przestrzeń, to ryzykowne działania. Ale chciałabym tam kiedyś zaprosić znajomych, zrobić plener, poznać mieszkańców i miło spędzić czas”.

 

Bohaterka: Małgorzata Mycek
Tekst: Jakub Knera
Zdjęcia: Daria Szczygieł
Koordynacja, fotoedycja: Magdalena Król 

Materiał powstał dzięki współpracy z: